30 kwietnia 2018

Mus Nivea Wild Raspberry & White Tea - pachnąca pielęgnacja ciała

 
Marka Nivea od jakiegoś czasu przeżywa swój renesans. W ofercie pojawiają się rewelacyjne produkty, które kuszą na sklepowych półkach i zdobywają rzesze fanów. Poza kultowym kremem do twarzy w wielu odmianach, marka zaczęła wydawać na świat też inne rodzaje produktów. Można powiedzieć, że teraz asortyment pozwala na pielęgnację od stóp do głów. Nivea nie siada na laurach i co rusz wypuszcza kolejne ciekawe nowinki. Jedną z nich jest mus do ciała , który szturmem zdobył internety jak tylko się pojawił. Sama nie potrafiłam przejść obok niego obojętnie i przy okazji zakupów w drogerii internetowej iperfumy.pl dorzuciłam go do koszyka. Wybrałam mus Wild Raspberry & White Tea, czyli połączenie słodkiej maliny z orzeźwiającym aromatem białej herbaty. Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją tego cudaka i zapraszam do poczytania.


Kosmetyk umieszczony jest w smukłej, wysokiej, metalowej butelce o przepięknej szacie graficznej. Opakowanie łudząco przypomina te, w jakie pakowane są pianki do golenia. Dozownik również jest charakterystyczny dla pianek i działa w ten sam sposób. Wystarczy lekko nacisnąć, aby wydobyć ze środka puszystą i pachnącą zawartość. Konsystencja produktu jest gęsta i aksamitna, lekko tłustawa. Po rozprowadzeniu na skórze szybko się wchłania pozostawiając warstwę ochronną. Kosmetyk ma wspaniały zapach. Wyraźnie czuć słodki aromat maliny, ale jest on przełamany rześkością białej herbaty. Kompozycja nie jest mdła, a intensywność zapachu jest na odpowiednim - wyczuwalnym, ale nie męczącym poziomie. Woń produktu utrzymuje się na skórze przez długi, długi czas. Mus Nivea daje dobre nawilżenie i odżywienie skóry. Wygładza ją oraz czyni miękką i przyjemną w dotyku. Można stosować go po depilacji bez obawy o podrażnienia czy szczypanie. Jeśli zaś chodzi o wydajność produktu to jest ona porównywalna do większości balsamów do ciała.


Podsumowując, mus Nivea w wersji z maliną i białą herbatą to świetny kosmetyk. Dobrze nawilża i odżywia skórę, ma ciekawą konsystencję, piękny zapach i cieszącą oko szatę graficzną opakowania. Jak widzicie - same plusy. Warto go kupić, bo rzeczywiście przyjemniaczek z niego.


Lubicie produkty Nivea? Używaliście tego musu? Jakie nowości marki wpadły Wam w oko?

Czytaj dalej

Foods by Ann

Przed rozpoczęciem wiosny wielu z nas zaczyna się zdrowiej odżywiać. Chcemy czuć się lekko, zdrowo i mieć dużo sił witalnych. To może zapewnić nam racjonalna dieta. W dzisiejszym poście chciałabym przedstawić swoje zdanie o produktach popularnej marki Foods by Ann, które miałam możliwość wypróbować w ostatnim czasie.


MUSLI

Spośród musli wypróbowałam:
  • Daktyl & Jabłko & Banan, 
  • Jabłko & Porzeczka & Śliwka, 
  • Malina & Wiśnia & Truskawka
  • Truskawka & Pomarańcza & Melon
  • Słodki ziemniak & Dynia & Imbir
  • Burak & Pietruszka & Czosnek
Ogólnie nie przepadam za musli, ale te skomponowane przez Annę Lewandowską naprawdę mi posmakowały. Moim faworytem jest wersja Malina & Wiśnia & Truskawka. Ciekawym doświadczeniem było spróbowanie musli wytrawnego z burakiem, pietruszką i czosnkiem. Jednak w kwestii musli skłaniam się ku owocowym kompozycjom.

Bardzo podoba mi się porcjowanie tych musli. Opakowanie stanowi jedną porcję. Jest to odpowiednia ilość na jeden posiłek. W przypadku dużych paczek musli zawsze dozowałam za dużo produktu i potem nie mogłam tego zjeść. Tutaj porcje są super wyważone.

 
BATONY ENERGY BAR

Miałam okazję spróbować 8 smaków batonów:
  • Kokos & Kakao
  • Kokos & Banan 
  • Truskawka & Burak
  • Jabłko & Cynamon
  • Marchew & Pomarańcza
  • Banan & Kakao
  • Kakao & Malina
  • Jabłko & Baobab
Muszę przyznać, że wszystkie są naprawdę dobre. Stanowią idealną przekąskę w ciągu dnia i dodają energii. Nie są gumowate, jak często zdarza się w przypadku takich batonów. Nie są zbyt słodkie ani mdłe. Najbardziej posmakowały mi wersje Kokos & Kakao, Kokos & Banan, Jabłko & Cynamon i Kakao & Malina.


SMOOTHIE

  • Mango & Banan & Kurkuma
  • Marchew & Pomarańcza & Imbir
  • Truskawka & Porzeczka & Granat
Te smoothie to super sprawa, gdy mamy ochotę na odżywczy koktajl, a nie mamy pod ręką owoców czy warzyw (albo podstawowego narzędzia, czyli shakera). Wystarczy zawartość opakowania wymieszać z wodą lub mlekiem roślinnym (180 ml), dokładnie wymieszać i gotowe. Wszystkie trzy smaki są pyszne, ale gdybym miała wybrać jeden najlepszy to byłby to smak Mango & Banan & Kurkuma. Świetne, tropikalne połączenie.

SHAKE

Lubicie szejki? Ja uwielbiam! Dlatego też byłam bardzo ciekawa takiego z Foods by Ann. Wypróbowałam wersję Truskawka 100% i byłam miło zaskoczona dobrym smakiem i konsystencją. Jakiś czas temu próbowałam szejków innej firmy i niestety nie były zbyt smaczne. A tu proszę.

TRUSKAWKA LIO SHAKE

Taki LIO shake można wykorzystać na kilka sposobów: dodawać do smoothies, owsianek, napojów lub dań funkcjonalnych. Porcja wynosi od 1 do 2 łyżeczek (5-10 g). Ja dodawałam go do niegazowanej wody mineralnej, dzięki czemu zyskiwała przyjemny truskawkowy posmak. Dostało mi jeszcze trochę w opakowaniu, więc może wykorzystam jeszcze jakoś inaczej. Liofilizowana truskawka posiada ok. 10 razy większą zawartość witamin i minerałów niż świeży owoc.


BIO MUS KOKOSOWY

Jako fanka kokosowych smaków nie mogłam przejść obojętnie obok musu kokosowego. Mus wyprodukowany jest z miąższu kokosów. Na pierwszy rzut oka przypomina olej kokosowy, ale jest bardziej zbity i wolniej reaguje na wzrost temperatury. Można używać go jako dodatku do smoothie, omletów, placków, ciast i batonów. Nadaje się też do urozmaicania deserów. Ja używałam go do placuszków na jogurcie. Dzięki niemu nabierały kokosowego smaku i aromatu. Zdarzyło mi się używać go również do... kawy. Fajnie wzbogacał jej smak o kokosowe nuty.

Po wypróbowaniu tych wszystkich dobroci mogę podsumować, że produkty Foods by Ann faktycznie są warte uwagi i włączenia do diety. Zdrowe, naturalne, wyprodukowane z dbałością o jak najlepsze składniki. Polecam.

Znacie produkty Foods By Ann? Co o nich sądzicie?


Czytaj dalej

29 kwietnia 2018

Czekolada na powiekach: paletka Makeup Revolution - I Heart Chocolate


 
Bardzo lubię naturalne, czy wręcz ziemiste odcienie w codziennym makijażu. Brązy, beże i przygaszone fiolety to moje najczęstsze wybory. Czasami stawiam też na akcenty pudrowego różu, który fajnie rozjaśnia makijaże. Wśród moich zbiorów kosmetycznych mam kilka palet Makeup Revolution, a o jednej z nich dzisiaj chciałabym opowiedzieć. A raczej dołożyć swoje trzy grosze, ponieważ ta paleta została już zrecenzowana przez wiele osób wszerz i wzdłuż. Jeśli jesteście ciekawi co ja o niej sądzę, to zapraszam do poczytania o palecie cieni I Heart Chocolate.


Na początek mówię poszczególne odcienie, których jest sporo, bo aż 16.

You Need Love - to taki cień bazowy w kremowym kolorze o matowym wykończeniu. Sprawdza się jako baza pod inne cienie. Ma średnią pigmentację.

Piece Me Together - ni to brąz, ni to zieleń, a do tego z delikatnymi złotymi drobinkami o intensywnej pigmentacji. Łatwo zrobić nim plamę na powiece, dlatego warto aplikować go rozważnie.

One More Piece - karmelowy brąz o dobrej pigmentacji i matowym wykończeniu. Nie używałam go jeszcze w makijażu, bo jakoś nie mam pomysłu na jego zastosowanie.

Love Torn - ciemny brąz z domieszką burgundu i złotymi drobinkami. Jest to cień o intensywnej pigmentacji i mnie osobiście kojarzy się z jesienią.

Stolen Chocolate - ciemny brąz w matowym wydaniu. Tutaj również możemy liczyć na dobrą pigmentację. Moim zdaniem ten cień fajnie pasuje do brązowego smoky eyes. 

Thank Friday - ja określiłabym go beż z domieszką różu. Ma matowe wykończenie i fajnie spisuje się w dziennych makijażach typu nude look.

More! - pięknie mieniące się złotko. Jest to połyskliwy cień, który wspaniale sprawdza się do podkreślania wewnętrznego kącika. W mojej paletce to najbardziej eksploatowany cień. Jego zużycie jest już wyraźnie widoczne. 

Pleasure Girl - ciepły odcień średniego brązu. Charakteryzuje się intensywną pigmentacją. Zdarza mi się używać go do podkreślania załamania powieki.

Meet Chocolate - nazwa absolutnie nie kojarzy mi się z czekoladą, ponieważ to różowy cień. Niemniej jednak jest on prześliczny i osobiście bardzo go lubię. Ma matowe wykończenie i dobrą pigmentację.

Unforgivable - śliwkowy fiolet z niewielkim dodatkiem drobinek, mocno napigmentowany. Lubię łączyć go z wyżej opisanym różem.

Love Divine - średni brąz o połyskliwym wykończeniu i dobrej pigmentacji. Ładnie mieni się na powiekach i super się nim maluje. 

Smooth Criminal - jasny odcień brązu o połyskliwym wykończeniu i dobrej pigmentacji. Świetnie wygląda aplikowany na środek powieki.

Chocolate Love - określiłabym ten kolor jako antyczne złoto, takie przygaszone. Cień ma satynowe wykończenie i dobrą pigmentację. 

You need More - neutralny brąz z domieszką złotego shimmera. Bardzo lubię łączyć go z odcieniem More! w codziennych makijażach. Doskonale spisuje się do podkreślania zewnętrznego kącika oka.

What A Way to Go - brąz o wyraźnym burgundowym tonie i matowym wykończeniu. Za bardzo nie wiem jak ugryźć ten cień (tudzież kawałek czekolady). Chyba jednak ten odcień nie jest dla mnie.

Endorphins Ready! - ostatni cień to kolor kości słoniowej o satynowym wykończeniu. Odcień ciekawy, którym można rozświetlić różne makijaże. Ma dobrą pigmentację.


Wszystkie cienie dobrze się blendują, chociaż przy ciemnych o matowym wykończeniu trzeba uważać, żeby nie przesadzić z ilością, bo można zrobić sobie plamy na powiekach. Część cieni ma tendencje do osypywania się podczas aplikacji. Można tego jednak uniknąć strzepując nadmiar cienia z pędzelka. Jeśli chodzi o opakowanie to tutaj duży plus. Paletka nie dość, że przypomina tabliczkę czekolady, to jeszcze w środku skrywa duże lusterko i dwustronną pacynkę. Moim zdaniem jest to paletka uniwersalna, ponieważ w razie potrzeby można użyć cieni jako zamienników bronzera i rozświetlacza. Opakowanie zamykane jest na zatrzask, co gwarantuje bezpieczeństwo w transporcie.

Czekoladowa paleta I Heart Chocolate marki Makeup Revolution to dobra jakość w przystępnej cenie. Można nią zmalować wiele makijażów - od dziennych po wieczorowe. Do kupienia jest na iperfumy.pl


Posiadacie tą paletkę? Lubicie produkty Makeup Revolution?

Czytaj dalej

27 kwietnia 2018

Kąpiel w pudrze - Initiale Probiotica Zielona Herbata i Dziki Ryż

Dzisiaj przychodzę do Was z zaległą recenzją produktów, które miałam okazję wypróbować jeszcze w zimie. Zostawiłam sobie opakowania po nich do zdjęć i najwyższa pora podzielić się opinią. Te produkty to prebiotyczne pudry do kąpieli Initiale w dwóch wersjach: Zielona Herbata i Dziki Ryż.


Według informacji na opakowaniu Zielona Herbata ma głęboko oczyszczać, łagodzić podrażnienia skóry i pobudzać naturalną regenerację komórek. Natomiast wersja Dziki Ryż zapewnia rozjaśnianie przebarwień skóry, nawilżanie i tonizowanie oraz działanie antyoksydacyjne.


Pudry umieszczone są w szczelnie zamkniętych saszetkach. Jedno opakowanie wystarcza na trzy kąpiele. Po dodaniu pudrów do wody robi się ona taka miękka i aksamitna. Kąpiel staje się prawdziwym relaksem. Co do działania to według mnie w przypadku obydwu wersji jest podobne. Po kąpieli skóra jest gładka, odświeżona i odżywiona. Moim zdaniem obydwie wersje przyczyniają się do złagodzenia podrażnień oraz poprawy nawilżenia skóry. Ja rozróżniłabym je głównie ze względu na zapach. Wersja Zielona Herbata ma świeży, herbaciany aromat z taką delikatną cytrusową nutą. Mnie ten zapach kojarzy się z mrożonymi herbatami Lipton Green Tea. Pachnie wspaniale i gwarantuje taką orzeźwiającą, dodającą sił kąpiel. Dziki Ryż ma zapach ciężki, bardzo mocny, nieco duszący. Przypomina jakieś perfumy, takie na wieczór. Według mnie warto nasypać go do kąpieli nieco mniej niż 1/3 opakowania. Wtedy trochę traci na intensywności i jest lepszy.

Moim faworytem stała się wersja Zielona Herbata. Uwielbiam ten zapach. Dla mnie to orzeźwienie i relaks w jednym. Polecam. Natomiast wersję Dziki Ryż mogłabym zaproponować miłośnikom ciężkich, pudrowych, ale nieprzesłodzonych aromatów. Dostępny jest jeszcze puder w wersji Kozie Mleko.



Zainteresowały Was te pudry? A może mieliście już okazję ich używać?
 
Czytaj dalej

26 kwietnia 2018

Odkryj owocową dżunglę, czyli o kremach do rąk Fruity Jungle


W sezonie jesienno-zimowym moje dłonie potrzebują mocnego nawilżenia i odżywienia. Sięgam wtedy po gęste, treściwe kremy do rąk. Jednak gdy przychodzi wiosna to porzucam je na rzecz lekkich o przyjemnych owocowych lub kwiatowych aromatach. Tej wiosny towarzyszą mi trzy produkty, które wpisują się w te ramy. Są to kremy do rąk Fruity Jungle z firmy Farmapol. Dzisiaj napiszę o nich kilka słów.


Te kremy od razu przyciągają wzrok z racji swoich bajecznych, kolorowych opakowań. Szaty graficzne kojarzą się z latem, a nazwa owocowa dżungla potwierdza te skojarzenia. Zapachy kremów to: jagody acai, liczi oraz smoczy owoc. Jeśli chodzi o konsystencję kremów to jest ona taka sama w przypadku wszystkich trzech - lekka, nietłusta, szybko się wchłania. Kremy dają przyzwoite nawilżenie i co istotne w sezonie wiosenno-letnim - nie dają uczucia lepkich dłoni. Kremy odróżniają od siebie zapachy oraz kolory konsystencji.


Wersja acai ma odcień pastelowego fioletu i aromat, który można porównać do owoców leśnych. W sumie jagody to jagody, nie ma się co dziwić, a trzeba raczej podziwiać, bo zapach jest przyjemny dla nosa, intensywny i trwały.  


Wersja liczi ma konsystencję w kolorze białym, a jej zapach odpowiada zapachowi owoców liczi, ale jak dla mnie jest nieco przygaszony i szybko się ulatnia. Szkoda, bo liczi uwielbiam i myślałam, że ta wersja będzie moim faworytem.


Faworytem okazała się jednak wersja smoczy owoc. Nie jadłam nigdy smoczego owocu i nie mam pojęcia jak pachnie, ale dla mnie ten krem ma zapach poziomek. Zapach jest intensywny, ale z czasem traci na mocy. A jak zaczyna się ulatniać to aż chce się ponownie zaaplikować krem, żeby na nowo poczuć piękną woń. Ta wersja ma konsystencję w kolorze różowym.

Jeśli lubicie owocowe zapachy w kosmetykach, a Wasze dłonie nie potrzebują intensywnego odżywiania lecz jedynie dobrego nawilżenia na co dzień to polecam wypróbować kremy do rąk Fruity Jungle. Na wiosnę i lato rewelacyjne, zwłaszcza smoczy owoc.


Zamierzacie wypróbować te kremy? A może już mieliście okazję je poznać?

Czytaj dalej

Bransoletka Mollie - wysoka jakość w prostej formie


Od jakiegoś w kwestii biżuterii stawiam na minimalizm. Delikatność, proste formy i szlachetne materiały to słowa kluczowe w tej kategorii. Cenię sobie biżuterię wykonaną z dbałością o szczegóły, gdzie każdy element jest dopracowany i przemyślany. Tak jest w przypadku biżuterii Mollie, z kolekcji której chciałabym pokazać Wam dziś przepiękną bransoletkę. 


Pierwsze zachwyty pojawiają się już przy... opakowaniu. Koperta w czarnym kolorze, przewiązana stylowym sznurkiem i naklejką z logo marki od razu wywiera pozytywne wrażenie. Po wyjęciu zawartości koperty oczom ukazuje się biżuteryjne cudo zamontowane na kartoniku z ciekawym opisem wyrobu. Czytając opis możemy wywnioskować, że bransoletka jest przemyślanym tworem, a nie dziełem przypadku. Od razu widać, że jest wykonana z pasją i zaangażowaniem.


Bransoletka wykonana jest z bawełnianego, woskowanego sznurka o grubości 1,5 mm. Główny element bransoletki to znak nieskończoności. Został on dopełniony zawieszką. W moim przypadku sznurek jest koloru beżowego, a symbol nieskończoności oraz zawieszka to pozłacane srebro. Bransoletki Mollie dają dużą swobodę personalizacji. Można wybrać również sznurek w innym odcieniu, srebrne elementy zamiast pozłacanych i inną zawieszkę. Indywidualnie możemy dopasować też rozmiar - od XS (ok. 15 cm) do XL (ok. 19 cm). Dodatkowo bransoletka jest regulowana za pomocą sznurków.


Ja jestem zachwycona tą bransoletką. Miałam już kilka tego typu i szybko ulegały zniszczeniu, a ta noszona na co dzień zachowuje fason i potwierdza swoją wysoką jakość. Pozostaje mi tylko polecić Wam sklep Mollie. Lećcie zobaczyć też inne cuda tam dostępne :)



Lubicie delikatną biżuterię? Podoba Wam się ta bransoletka?

Czytaj dalej

Avon Pure - świeży zapach na co dzień


Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moją opinią o jednym z moich aktualnych ulubieńców zapachowych na co dzień. O zapachu uniwersalnym, który nadaje się na każdą porę roku. Ten zapach to woda toaletowa Avon Pure.


W nutach głowy obecne są: biała herbata, brzoskwinia i frezja. Serce zapachu tworzy kwiatowa kompozycja łącząca grzebień północny, konwalię i wiciokrzew. Wszystko oparte jest na ciepłej bazie z nutą słodyczy w tle, składającej się z białego piżma, drzewa sandałowego i wanilii. Avon Pure to mieszanka świeża, kwiatowa, ale takim otulającym polotem. Zapach tej wody toaletowej jest intensywny i wyraźny. Trwałość jest przeciętna. Avon Pure na skórze utrzymuje się przez kilka godzin, a na ubraniach znacznie dłużej. Ja lubię w ciągu dnia powtórzyć aplikację ze 2-3 razy. Z racji wspominanej wyżej intensywności, wystarczy kilka psiknięć w strategicznych miejscach, aby aromat był dobrze wyczuwalny. Buteleczka perfum Avon Pure ma pojemność 50 ml, co według mnie jest optymalną opcją aby cieszyć się zapachem przez dłuższy czas. Flakonik jest prosty i stonowany, wręcz minimalistyczny. Osobiście wolę bardziej ozdobne opakowania, ale w tym przypadku buteleczka dobrze odzwierciedla nazwę zapachu (ang. pure - czysty). Poza tym, standardowy kształt flakonika super sprawdza się w transporcie. Korek trzyma się mocno, więc nie trzeba martwić się o niekontrolowane psikanie podczas właśnie transportowania. Cenowo woda toaletowa Pure wypada bardzo przyjemnie. Cena regularna nie jest wysoka, a dodatkowo zapach często jest w promocji. Można go kupić np. w drogerii internetowej iperfumy.pl


Moim zdaniem ta woda toaletowa jest świetnym wyborem na co dzień. Świeżość podbita ciepłą bazą rewelacyjnie sprawdza się za dnia, ale w razie czego nada się też na wieczór. Avon Pure to kompozycja uniwersalna, intensywna, jednak nieprzytłaczająca. Muszę przyznać, że ja jakoś wyjątkowo długo broniłam się przed tym zapachem. Nie żałuję, że w końcu się zdecydowałam, ponieważ to naprawdę udana kompozycja. Polecam i Wam.


Znacie tą wodę toaletową? Lubicie zapachy marki Avon?

Czytaj dalej

24 kwietnia 2018

Openbox: beGlossy Around The World - kwiecień '18


W zeszłym miesiącu zdecydowałam się na subskrypcję beGlossy. Od dłuższego czasu podobały mi się te boxy i postanowiłam w końcu dołączyć do grona subskrybentek tych pudełek. Zawartość marcowej edycji poznałam jeszcze przed złożeniem zamówienia, a kwietniowa zatytułowana Around The World była dla mnie niespodzianką. Wczoraj z samego rana zawitał kurier i dostarczył mi najnowszy box. Z ogromną ciekawością zabrałam się za odpakowywanie. Dzisiaj chciałabym pokazać Wam zawartość pudełka. 


Kwietniowy beGlossy składa się z 6 produktów. Spośród nich 4 to kosmetyki pełnowymiarowe, a 2 pozostałe to miniatury (a właściwie chyba próbki). 




Z produktów pełnowymiarowych mamy Olej Makadamia Sweet Dream marki Biooleo (79,99 zł/30 ml), Wzmacniające serum do twarzy Vianek (31,99 zł/15 ml), suchy szampon Aussie Wash + Blow in a Can (18,99 zł/250 ml) i pomadkę Slim Lipstick firmy Pierre Rene (18,99 zł/2 g). Wszystkie te produkty są naprawdę fantastyczne i od razu przypadły mi do gustu. Lubię olejek makadamia, więc ten Biooleo na pewno się sprawdzi. Serum z Vianka zdążyłam już dwukrotnie zaaplikować na twarz i coś czuję, że się polubimy. Pomadka Pierre Rene trafiła mi się w delikatnym różowym odcieniu o nr 07 Sheer. Ponoć ma wodoodporną formułę i ma utrzymać się na ustach długi czas. Nie zdążyłam jeszcze sprawdzić jej właściwości, ale już sam odcień jest w moim guście. Suchy szampon Aussie czeka na swój debiut. Według obietnic producenta ma nie pozostawiać białego osadu - oby tak było!


Jeśli chodzi o miniatury/próbki to w pudełku znalazłam dwie saszetki peelingu rozświetlającego Sugar Scrubs z L'oreala, który jest nowością marki. Żałuję, że nie pojawił się w pełnowymiarowym opakowaniu, bo po zużyciu pierwszej próbki jestem ogromnie zadowolona. Będę polować na niego na promocji na kosmetyki do pielęgnacji twarzy w Rossmannie, która ma być w maju. Drugim produktem miniaturowym jest aktywnie nawilżający krem pod oczy Uriage Eau Thermale. Kremów pod oczy mam całkiem sporo w swoich zbiorach, więc ta próbeczka na razie sobie poczeka.

Tak właśnie prezentuje się kwieniowe pudełko beGlossy. Ja jestem naprawdę zadowolona z zawartości i cieszę się, że zdecydowałam się na subskrypcję. 

Podoba Wam się ta edycja beGlossy? Subskrybujecie te boxy?

Czytaj dalej

Prezent Marzeń - wymarzone oferty majówkowe

Czy do podarowania komuś prezentu potrzebna jest konkretna okazja? Według mnie nie. Ja uważam, że zawsze dobrze jest sprawić bliskiej osobie miłą niespodziankę. Od jakiegoś czasu bardzo popularne są prezenty w formie przeżyć, które doskonale wpasowują się w ideę "Kolekcjonuj wspomnienia, a nie rzeczy". Ja sama postanowiłam skorzystać z tej formy podarunku i sprawiłam swojemu mężowi z oferty prezentmarzen.com przejażdżkę samochodem, który bardzo mu się podoba. W najbliższych dniach będzie dzwonił, aby ustalić termin przejażdżki.


Teraz z okazji zbliżającego się długiego weekendu majowego z kodem majowka18 obowiązuje 15% rabatu na wybrane prezenty. Wśród nich wyszukałam bardzo fajne propozycje, które będą rewelacyjną opcją na radosne spędzenie czasu w gronie rodziny czy przyjaciół. 


Warsztaty w manufakturze słodyczy dla rodziny

Kto z nas nie lubi słodyczy? Nie ma co ukrywać, lubimy je wszyscy. Dlatego też warsztaty, na których możemy poznać tajniki produkcji słodyczy są bajeczne. Uczestnicy takich warsztatów będą mieli możliwość samodzielnego wykonania słodkich specjałów. Brzmi pysznie!

Wizyta w muzeum figur woskowych

Ta atrakcja dostępna jest we Wrocławiu, bo tam znajduje się takie muzeum. Oferta skierowana jest dla rodzin z dziećmi, a bilet obejmuje jednorazowy, jednodniowy pobyt dla 2 osób dorosłych i 2 dzieci. W muzeum figur woskowych można zobaczyć figury postaci z bajek i filmów, muzyków, aktorów, a także osoby pochodzące z zupełnie innych epok cywilizacyjnych.

Rodzinny lot awionetką 

Jest to droższa propozycja, ale miłośnicy bardziej ekstremalnych przeżyć będą nią zachwyceni. Wybierając tą ofertę możemy przeżyć rodzinny lot widokowy na pokładzie awionetki. Trwa on 15 minut. Podczas przelotu można fotografować oraz filmować krajobraz z całkiem innej perspektywy. Nieziemskie wrażenia zapewnione!


Jakie macie plany na nadchodzący długi weekend? Chcielibyście skorzystać z którejś z tych ofert?


Czytaj dalej

22 kwietnia 2018

3 sytuacje, w których warto skorzystać z tłumacza


Na co dzień posługujemy się językiem polskim. Towarzyszy nam w domach i poza nimi. Są jednak sytuacje, w których nasz język ojczysty musimy przełożyć na jakiś inny, obcy. Nie zawsze to prosta sprawa. Z pomocą może przyjść wtedy biuro tłumaczeń, które profesjonalnie się tym zajmie. W jakich sytuacjach warto skorzystać z takich usług? Oto i one:

PRACE DYPLOMOWE

Jestem na etapie pisania pracy magisterskiej i jeśli wszystko pomyślnie pójdzie, to pod koniec czerwca lub na początku lipca czeka mnie obrona. Pracę piszę w języku polskim, ale zgodnie z wymogami mojej uczelni niektóre elementy muszą być przetłumaczone na język angielski. Tego języka uczę się od lat, więc mogłabym sama przetłumaczyć potrzebne fragmenty. Wolę jednak skorzystać z pomocy tłumacza, aby nie popełnić błędów. Chcę mieć pewność, że wszystko zostało dopracowane tak jak trzeba. Jeśli macie przed sobą pisanie pracy dyplomowej i też potrzebujecie tłumaczeń na angielski czy inny język, a np. nie czujecie, że to Wasza mocna strona to polecam skorzystać z profesjonalnego tłumacza. Zawsze to mniej stresu, którego przed końcem studiów i tak dostatek.

DOKUMENTY MEDYCZNE

Coraz więcej podróżujemy, również poza granice Polski. Niestety czasami przydarzają nam się nieszczęśliwe wypadki np. złamiemy nogę na nartach w Alpach. Wtedy to musimy skorzystać z opieki medycznej w obcym kraju. Wydawane później karty informacyjne czy inne dokumenty medyczne są w innym języku niż nasz ojczysty. Zdarza się, że już po powrocie do kraju kontynuujemy leczenie korzystając z naszej służby zdrowia. Lekarze, do których się udajemy muszą zapoznać się z dokumentacją wydaną nam wcześniej. Wtedy dobrze jest skorzystać z usług tłumacza, który wykona tłumaczenie z angielskiego na polski.

SPROWADZANE SAMOCHODY

Chętnie kupujemy używane samochody sprowadzane np. z Niemiec. Jeśli robimy to przez firmę zajmującą się tego typu transakcjami to zwykle nie obchodzą nas sprawy związane ze ściąganiem auta do kraju. Inaczej jest, gdy chcemy zająć się tym procesem od początku do końca. Nie jest to szczególnie skomplikowane, ale często pojawia się problem z tłumaczeniem dokumentów samochodowych. Nawet jeśli potrafmy wszystko przełożyć na język polski to krajowe urzędy mogą wymagać profesjonalnego tłumaczenia. To kolejny przypadek, w którym dobrze jest skorzystać z usług centrum tłumaczeń. 

Korzystaliście kiedyś z usług tłumacza?
 
Czytaj dalej

Manirouge - trwałość hybryd w niepozornej naklejce


Jeszcze w marcu trafił do mnie zestaw Manirouge. Jestem pewna, że kojarzycie tą markę i dobrze wiecie w czym się specjalizuje. Manirouge to innowacyjny sposób na manicure. Są to ozdoby samoprzylepne do paznokci, które utrzymują się do 14 dni. W ofercie marki jest wiele wzorów (ponad 200) - od delikatnych, neutralnych odcieni po barwne kompozycje. Ozdoby nie zawierają toksycznych substancji oraz nie są testowane na zwierzętach. Jeden komplet pozwala na stworzenie nawet 4 manicure.


Chcąc poznać Manirouge możemy zdecydować się na różne zestawy. Ja mam zestaw największy (Manirouge Maxi+), w którego skład wchodzą: 
  • 6 zestawów ozdób termicznych
  • oliwka do paznokci
  • odtłuszczacz  
  • Mini Heater 
  • gumowe kopytko
  • pilnik płytka 180/240
  • polerka 1200/4000
  • metalowe radełko
  • nożyczki do paznokci
  • folia do wygładzania 


Informacje o metodach aplikacji ozdób oraz praktyczne filmiki na ten temat znajdziecie na stronie internetowej marki. Ja przed zabraniem się za manicure obejrzałam wszystkie, żeby zdobyć jak największą wiedzę i podpatrzeć co i jak.




Wydawało mi się, że aplikacja ozdób termicznych Manirouge będzie nie lada wyzwaniem. W praktyce okazało się, że to banalnie prosta sprawa. Ozdoby bez problemu przyklejają się do płytki paznokcia - równomiernie, bez pęcherzyków czy zagnieceń. Jedyna trudność z jaką zetknęłam się przy Manirouge to opiłowywanie wystających poza paznokieć naklejek. Ciężko było mi uzyskać gładki brzeg, ale w końcu się udało. Pierwsze manicure, które wykonałam naklejkami testowymi - na próbę - wytrzymało na moich paznokciach 10 dni. W tym czasie robiłam wiele rzeczy, które nie najlepiej wpływają na jakiekolwiek manicure jak np. porządki w ogrodzie. Teraz na moich paznokciach gości kolejny wzór. Postawiłam na wiosenny błękit z delikatnymi geometrycznymi akcentami. Bardzo podoba mi się to, jak ozdoby Manirouge prezentują się na paznokciach. Trzeba naprawdę dobrze się przyjrzeć, żeby dostrzec, że to naklejki a nie lakier. W dotyku paznokcie są gładkie i dają wrażenie, jakby zaaplikowana była na nie hybryda. A co ze ściąganiem tych ozdób? Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że to taka prosta sprawa. Wystarczy posmarować przy skórkach oliwką i delikatnie podważać naklejkę gumowym kopytkiem. Czynność jest bardzo szybka. Po zdjęciu Manirouge paznokcie są w idealnym stanie, zero uszkodzeń płytki.

Ozdoby termiczne Manirouge to bez wątpliwości świetna alternatywa dla hybryd. To także super sposób na piękne wzory na paznokciach dla osób, które mają dwie lewe ręce do tego typu ozdobników. Czy polecam? Oczywiście, że tak. Sama mam w planach dokupienie kolejnych wzorów.


Na koniec możecie zobaczyć mój manicure z użyciem tych ozdób. To moje drugie podejście, więc widać jeszcze niedociągnięcia. Myślę, że z kolejnymi będzie coraz lepiej. W końcu praktyka czyni mistrza.



Znacie już Manirouge? Co sądzicie o tym sposobie ozdabiania paznokci?

Czytaj dalej

16 kwietnia 2018

L'biotica Repair - szampon i odżywka do codziennego stosowania


W zanadrzu mam kilka zaległych recenzji produktów do włosów, więc w najbliższym czasie pojawi się kilka wpisów o tej tematyce. Dzisiaj chciałabym przedstawić duet L'biotica, który dostałam w gwiazdkowym prezencie od marki. Zestaw składa się z szamponu i odżywki do włosów z serii Repair.

Obydwa produkty umieszczone są w miękkich tubkach zamykanych na klik. Szampon ma pojemność 250 ml, a maska 200 ml. W praktyce maska okazała się bardziej wydajna niż szampon.


SZAMPON Repair Everyday Shampoo

Szampon dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, a jednocześnie nie powoduje przesuszania. Pozostawia na włosach delikatny filtr, przez co odczuwalne jest wyraźne nawilżenie pasm. Na początku szampon wydawał mi się dość ciężki i obawiałam się obciążenia włosów, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Po umyciu tym produktem włosy są miękkie i puszyste. Dobrze się układają i łatwo je rozczesać. Szampon posiada przepiękny zapach, taki "perfumeryjny", który utrzymuje się na włosach przez długi czas. Konsystencja kosmetyku jest średniej gęstości, w kontakcie z wodą wytwarza gęstą pianę. 


ODŻYWKA Repair Express Mask

Tą odżywkę stosowałam po każdym umyciu włosów do dopełnienia pielęgnacji. Kosmetyk przyjemnie nawilża i odżywia włosy. Przy systematycznym stosowaniu zauważalne jest działanie regenerujące - włosy stają się mocniejsze i mniej podatne na uszkodzenia mechaniczne. Odżywka ma równie ładny zapach co szampon. Jej konsystencja jest gęsta, treściwa. Trzeba ją dokładnie spłukiwać, bo inaczej potrafi obciążyć włosy. 

Jestem zadowolona z tego duetu. To kolejny zestaw L'biotica, który się u mnie sprawdził. Czy zasłużył na miano ulubieńca? Raczej nie, bo ciągle moim numerem jeden marki L'biotica pozostaje seria Biovax Diamond. Niemniej jednak uważam szampon i odżywkę Repair za udany zestaw i mogę go polecić do codziennego stosowania. 

Znacie tą serię? Mieliście okazję używać?


Czytaj dalej

7 kwietnia 2018

O kremie i serum Floslek Collagen Up 50+

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam dwa kosmetyki marki Floslek: krem kolagenowy i serum przeciwzmarszczkowe, które stosowała moja mama. Są to produkty z serii Collagen Up skierowanej do osób w wieku 50+.


Obydwa kosmetyki przeznaczone są do stosowania na dzień i na noc. Charakteryzuje je prosta szata graficzna w różowym kolorze z białymi i srebrnymi dodatkami. Krem umieszczony jest w przezroczystym słoiczku, a serum w przezroczystej buteleczce z pompką. Produkty mają ładny, delikatny zapach umilający ich używanie.


Krem ma średniej gęstości konsystencję, treściwą lecz nietłustą. Po nałożeniu na cerę szybko się wchłania, ale pozostawia wyczuwalną warstwę na skórze. Mojej mamie taka warstwa nie przeszkadza. Krem jest wydajny. Po ponad miesiącu regularnego stosowania zostało go w opakowaniu jeszcze całkiem sporo. A jak działa ten produkt? Przede wszystkim dobrze nawilża cerę. To nawilżenie jest wyczuwalne już po pierwszym użyciu. Po dłuższym stosowaniu pojawiają się efekty w postaci bardziej jędrnej, sprężystej cery. Istniejące zmarszczki wydają się być nieco spłycone, a nowe się nie pojawiają. Cera mojej mamy jest skłonna do zapychania, jednak ten krem nie działał komedogennie. Moja mama polubiła ten krem i uważa go za godny polecenia.

Do kremu dołączona była też taka mini maseczka wygładzająca na noc Sleeping Mask. To takie maleństwo, ale wystarczyła na dwa użycia. Bardzo przyjemna próbeczka. Naprawdę fajnie się spisała na skórze odżywiając ją i rzeczywiście wygładzając. 



Obok kremu stosowane przez moją mamę było też serum. Używała go raz dziennie - na noc. Serum dozowane jest pompką, co stanowi wygodną i higieniczną formę. Pompka cały czas działa bez zarzutu. Do aplikacji na całą twarz potrzebne są 2-3 pompki. Konsystencja produktu jest wodnista. Zaaplikowany na cerę kosmetyk wchłania się błyskawicznie zostawiając subtelną, jedwabistą powłoczkę. Jeśli chodzi o działanie to moja mama zauważyła, że serum jakby napina i liftinguje skórę. Takie efekty pokazały się już po około dwóch tygodniach systematycznego stosowania. Natomiast wcześniej dostrzegalne są efekty nawilżenia i regeneracji skóry. Z serum również moja mama jest zadowolona i poleca je.


Jak widzicie, zarówno krem, jak i serum z serii Collagen Up marki Floslek sprawdziły się u mojej mamy. W tej linii znajdują się też krem multi-kolagenowy 60+ oraz krem nutri-kolagenowy 70+.


Znacie tą serię? Lubicie kosmetyki Floslek?
Czytaj dalej